Nakarm głodne dziecko - wejdź na stronę www.Pajacyk.pl
Blog > Komentarze do wpisu

Ciąg Dalszy

Mało świątecznie i mało wiosennie. Nie jest lepiej, jest gorzej. Lepiej - zdaje się - już było.
 
Mówiąc w dużym skrócie: Mama wróciła do domu ze szpitala po wypadku, była w domu tydzień (wpis z 24. marca to oczywiście czas w domu), po czym znowu trafiła do szpitala. Dlaczego? Nie, tym razem nie upadła, nic sobie nie zrobiła ani nie złamała. Za to w zasadzie przestała jeść i pić. T. próbował coś zrobić przez kilka dni, ale w końcu przestraszył się, że to się źle skończy. Odwodnienie, osłabienie... Wiadomo.
 
Lekarz - kiedy ją obejrzał i usłyszał, że w ciągu ostatnich trzech dni wypiła (przymuszona) mniej więcej półtora kubka płynu - złapał się za głowę i kazał zawieźć ją do szpitala.
 
I leży w tym szpitalu od półtora tygodnia. Odżywili ją i nawodnili (głównie kroplówkami), powstrzymali problemy żołądkowe, poprawili wyniki krwi. Zaczęła jeść.
 
Ale reszta...
 
Jest fatalnie. Lekarz prowadzący (przesympatyczny człowiek, skądinąd... Rzeczowy, współczujący, ludzki...) potwierdził to, co ja podejrzewałem od dawna: one nie tylko nie mówi, ale coraz mniej rozumie mowę (ośrodek mowy w mózgu i ośrodek rozumienia mowy leżą tuż obok siebie...). Jak lekarz mówi do niej "Chcę panią zbadać" - patrzy na niego i nie wie o co chodzi. Dopiero jak jej pokaże słuchawkę i ciśnieniomierz, wygląda jakby łapała, w czym rzecz. Mnie i T. poznaje (co nie znaczy, że cokolwiek poza tym z tego wynika). Moją ciotkę - swoją siostrę - chyba poznaje, ale głowy nie dam. Poza tym zachowuje się w sposób kompletnie aracjonalny. Oszczędzę Wam szczegółów, są przykre.
 
Badania wykluczyły w zasadzie wszystko, co mogłyby potwierdzić. Nie ma encefalopatii wątrobowej (Inside, czytasz to? To Ty mnie natchnęłaś ta myślą. Objawy się zgadzały. Ale to nie to.). Nie ma choroby Crohna. Nie ma żadnej wrednej bakterii ani wirusa. Wszystko (oprócz ogólnej słabości i skutków połamań...) sprowadza się do mózgu. Do neurologii.
 
Lekarz powiedział, że jego zdaniem to jednak jest choroba Alzheimera (choć oczywiście nie tylko). Że rozwijała się prawdopodobnie od długiego czasu, bardzo powoli. A po tym urazie (tym upadku ze schodów sprzed miesiąca) - ruszyła z kopyta. Podobno tak bywa. Zupełnie przypadkiem - na pieczątce - zobaczyłem, że ten lekarz poza interną jest także specjalistą - neurochirurgiem. Nie mam powodu mu nie wierzyć.
 
Jutro (w czwartek) okaże się, co dalej. Jeśli wyniki (te czysto fizyczne - krew, ciśnienie etc.) będą w normie, to w piątek wypiszą ją do domu. Bo - jak słusznie powiedział lekarz - tu, na tym oddziale już jej w niczym nie pomogą.
 
Tylko co dalej?
 
Może oczywiście zdarzyć się tak, że w domu - w znanym sobie otoczeniu etc. - świadomość choć trochę jej wróci. Że będzie (przynajmniej na razie...) jako tako funkcjonować na trasie łóżko - kanapa - łazienka.
 
A jeśli nie? Jeśli pozostanie "w poziomie"? Albo (nie wiem, co gorsze...) będzie miała dosyć sił, żeby wstać, ale nie dość przytomności, żeby wiedzieć, co robi? Wtedy - jak uczciwie powiedział lekarz - będzie wymagała opieki przez dwadzieścia cztery godziny na dobę.
 
"Dwadzieścia cztery godziny na dobę" należy czytać dosłownie. Żeby nie zrobiła sobie (...i innym!) krzywdy, będzie trzeba być przy niej stale. Ja nie mówię o niemożności wyjścia na pół godziny na zakupy. Mówię o niemożności wyjścia na pięć minut do łazienki.
 
T. ma siedemdziesiąt lat.
 
Zawsze - niezależnie od wszystkich zgrzytów z przeszłości - byłem przekonany, że jeśli dojdzie do sytuacji w której moja Mama nie będzie mogła dać sobie rady, to zamieszka u nas. Starsza, niedołężna osoba, którą trzeba karmić, umyć, zaprowadzić do łazienki czy przewinąć - to oczywiście trudne jak cholera, ale do uniesienia (choć przyznam, że oczekiwałbym tego jakieś dwadzieścia-trzydzieści lat później...).
 
Ale teraz naprawdę nie wiem, co robić. Miejsce nie jest problemem (choć parę spraw w naszym domu trzeba by przebudować...). Ale...
 
Ale mamy troje małych dzieci. Dzieci, które potrzebują jedzenia, ubrania i paru innych drobiazgów. Które potrzebują rodziców. Opieka nad osobą chorą w taki sposób wymagałaby, aby jedno z nas w ogóle zrezygnowało z pracy. A za co wtedy będziemy żyć? Ba.
 
Nieustanna opieka i kontrola, żeby Mama nie weszła na schody, żeby nie odkręciła gazu (T. opowiedział mi po niewczasie, że zdarzało mu się wejść rano do kuchni i zastać palący się całą noc gaz...). Żeby nie połamała się schodząc z łóżka. Żeby, żeby, żeby.
 
Nie wspominając już o tym, że nie zapewnimy Jej w domu odpowiedniej opieki pielęgniarskiej i lekarskiej.
 
Nie wiem, co robić. Na hasło "zakład opiekuńczy" aż się we mnie wszystko ścina. To jest moja Matka, do licha. Zawsze uważałem, że "zakłady opiekuńcze" są dla ludzi którzy nie mają rodziny, nie mają nikogo, zawsze (choćby podświadomie) krytycznie myślałem o ludziach, którzy swoich rodziców czy dziadków do takich zakładów "oddają". A dziś naprawdę nie wiem, co robić.
 
Nie jutro, nie w piątek, nie w święta... Ale jednak niedługo (kwestia, czy będzie to "niedługo" liczone w dniach, tygodniach czy miesiącach) staniemy przed koniecznością podjęcia jakiejś decyzji. Boję się tego jak cholera.
 
środa, 08 kwietnia 2009, puuchatek

Polecane wpisy

  • Okołoszkolnie - c.d.

    No i stało się. Po dziewięciu latach pożegnaliśmy się ze szkołą w A. Przenosiny Pucka były przez moment trochę nerwowe, bo wyglądało na to, że nie będzie dla ni

  • Wakacje, wakacje i po…

    Przepraszam, ale jakoś do pisania (tutaj) nie mogę się ostatnio zebrać. Wakacje były. Wyprawa wakacyjna zawiodła nas nad Balaton, w okolice uroczego Tihany, do

  • Wakacyjnie (poniekąd)

    Już półtora tygodnia po zakończeniu roku szkolnego zdążyłem się zebrać, żeby coś napisać. Zakończenie jak zakończenie. Do tego, że Potwory Starsze wymieniane są

Komentarze
2009/04/09 16:55:45
Wiesz - nie, nie namawiam do żadnej decyzji takiej czy owakiej. Trzymam kciuki.
Ale powiem Ci że babcia mojego ślubnego przez ostatnie parę lat życia przebywała w takim domu opieki u sióstr zakonnych, z uwagi właśnie na to, że nie bardzo było jak brać ją do czyjegokolwiek domu, ale potrzebowała właśnie całodobowej opieki. Czy było jej tam dobrze - tego na 100% nie wiemy... Samotna czuła się na pewno. Rodzina starała się u niej często bywać.
Oby się wam jakoś ułożyło...
-
2009/04/11 11:39:34
Wszystko rozumiem :-( Moja Mama była w domu opieki (luksusowym bardzo!) po wyjściu ze szpitala po udarze, sprawna umysłowo, ale wymagająca całodobowej opieki. To był dobry czas, ale zbuntowała się za sprawą 'życzliwych' koleżanek. Wróciła do domu, bo wymusiła to na moim bracie. Mieszka sama w ogromnym mieszkaniu (koszty!), ma całodobową opiekunkę, która kosztuje majątek. Dnie spędza w łóżku przed telewizorem, dokładnie tak, jak w domu opieki. Tam miała zapewnioną rehabilitację, opiekę lekarską na zawołanie,dietę, leki i całą niezbędną resztę. Odwiedzały ją tabuny gości, wręcz trudno było się wcisnąć. Kosztowało to co najmniej połowę tego, co teraz. A teraz jest bardzo ciężko i finansowo, i rodzinnie, bo doszły spory o to, kto się więcej udziela, eh... W naszym społeczeństwie panuje przekonanie, że dom opieki to coś najgorszego. Nieprawda! To czasem dla rodziny jedyne wyjście, żeby zapewnić BEZPIECZNY byt osobie chorej. A i koszty mają znaczenie, bo całodobowa opiekunka nie jest tania, a i utrzymać się trzeba. Nie zarzucaj sobie, że jesteś wyrodnym synem, który chce się pozbyć problemów z Matką. Jesteś synem, który się o nią troszczy, a troska ta żadną miarą nie może się odbyć kosztem Twojej własnej Rodziny. To jest bardzo trudna sytuacja i życzę, żeby udało się ją pomyślnie rozwiązać. Trzymaj się, Puchatku!